Tak na Zawsze

Tak na Zawsze

Mam dość!

Wiem, że tytuł może trochę przerażać. Dotyczyć będzie tej strony urodowych przygotowań do ślubu której osobiście nienawidzę. Chodzi mianowicie o... moje włosy. Jest to temat dla mnie bardzo ciężki, stresujący i na myśl o nim dostaję wewnętrznego załamania.

Wszyscy od zawsze mówią mi: o mój Boże, Paulina, masz takie piękne/długie/grube włosy, chętnie bym się z Tobą zamieniła. A weź wszystkie i nie wracaj. Dlaczego tak bardzo ich nie znoszę? Otóż moich włosów jest za dużo. Mam ogromny problem z ich za dużą objętością. Po drugie są okropnie kręcące się. Nie w ten uroczy ojej-jakie-ładne-fale sposób. Część z nich owszem przypomina fale, ale większość to niestety do połowy długości fala, a później nie wiadomo co. Przez co się plączą. Strasznie. Plączą się również z trzeciego powodu: są w dolnej połowie okropnie zniszczone. Farbuje włosy od prawie 5 lat non stop. Do zeszłego roku było z nimi wszystko ok, znosiły to w zaskakująco dobrej kondycji. Do czasu, aż nie podkusiło mnie do użycia farby profesjonalnej. Z utleniaczem. Już w trakcie zmywania jej wiedziałam, że jest źle. Kolor był najpiękniejszy na świecie, ale zamiast włosów miałam stop zniszczonego siana. Od tamtego czasu farbuje dużo rzadziej, chociaż to i tak bez sensu, bo włosy paradoksalnie nie trzymają na sobie farby prawie w ogóle.

Jeśli zbierzemy te trzy powody do kupy mamy włosową tragedię. I już nawet nie chodzi o wygląd czy nie układanie się. Chodzi o zniszczenie, kręcenie i to, że przez to obrzydliwie się plączą. I nie przesadzam. Dla przykładu mamy teraz sezon zimowy. Wychodzę na przykład spotkać się ze znajomymi. Szykuje się, maluje, czesze, ubieram szalik i kurtkę. Wychodzę. Pół godziny później po dotarciu na miejsce spotkania zamiast włosów mam jeden wielki kołtun. Nie żartuje.

Do tego typu sytuacji dochodzi mega często. I serio, któregoś dnia obudziłam się i stwierdziłam, że mam dość, koniec z zapuszczaniem włosów na ślub. Traf chciał, że tego dnia przypadkiem napotkałam w internecie artykuł o produkcie, któremu uznałam, że dam szansę. Ostatnia szansa dla moich włosów.

Jak się pewnie domyślacie produktem tym była szczotka Tangle Teezer. Ja wiem wszyscy nad nimi pieją, recenzji jest w internecie już jakiś milion. Ale jest to produkt nad którym muszę się chwilę pochylić.

Najpierw kupiłam szczotkę w wersji kompaktowej do torebki. Odebrałam paczkę z nią i pomyślałam: i to ma uratować moje włosy? Dobrze leżała w dłoni, stwierdziłam więc że warto spróbować. I nie zawiodłam się. Do tego stopnia, że niedługo później kupiłam i dużą wersję (trochę mniej wygodną moim zdaniem).

Czy moje włosy są mniej przez nią zniszczone? No nie. Również nie plączą się mniej. Ale była dobrym wstępem do zatrzymania się i przemyślenia co dalej z moimi włosami. Rozczesywanie i czesanie stało się mniej upierdliwe i czasochłonne.